Poszukiwanie złota…

„Jest pewna stara historia z czasów Buddy, o dwóch przyjaciołach którzy wybrali się na poszukiwanie złota do opuszczonego miasta. (DN 23.29) Na początku znaleźli trochę konopi i zdecydowali się je związać i uczynić dwie wiązki. Po powrocie do domu mogliby je wówczas sprzedać. Po tym jak zrobili dwie duże wiązki konopi, natknęli się na wykonane z konopi płótno. Jeden z nich wówczas rzekł: „Po co mi konopie? Płótno jest lepsze”. Drugi odpowiedział: „To nie dla mnie, wiązki zostały starannie zrobione, poza tym, niosę je już tak długo, dlatego pozostanę przy swoim ładunku konopi”. Po pewnym czasie natknęli się na len, następnie na trochę płótna lnianego, trochę wełny, trochę płótna wełnianego. Ten z przyjaciół, który zdecydował, że konopie mu wystarczają, nie rezygnował z nich, podczas gdy jego kolega wymieniał ładunek na cenniejszy. Po pewnym czasie znaleźli trochę srebra, a następnie trochę złota. Za każdym razem jeden z nich wymieniał towar na kolejny lepszy, a drugi uparcie pozostawał przy swojej wiązce konopi. Kiedy dotarli do domu, ten z nich co trzymał złoto stał się bardzo poważany w swojej rodzinie. Drugi, który niósł konopie, wrócił do niepocieszonej owym faktem rodziny. „*1

Czytając tą przypowieść myślałem sobie: „Temu, co wyrzuca stare, a bierze nowe na pewno się coś stanie. Morał będzie taki, że lepiej mieć mało, ale pewnie”. Doczytałem do końca i zbaraniałem…

Jak wiele polskich „mądrości” ludowych – „prawd”, które przekazują nam rodzice, bliscy i znajomi, ma właśnie taki scenariusz? Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu…

Jak możesz to wykorzystać?

*1Cały artykuł: http://www.e-budda.pl/teksty/source/theravada/buddyzm-a-nauka/ – polecam

Moja ścieżka

Ostatnio coś mnie naszło na spojrzenie w przeszłość… Rzadko to robię, jednak pomyślałem, że warto przeanalizować którymi ścieżkami szedłem aż do dnia dzisiejszego. Czego się uczyłem, gdzie szukałem i kogo pytałem… Myślę, że może być to dla kogoś wartościowe, zwłaszcza, że ścieżek tych było dość sporo. 🙂

2001. Ach, cóż to był za rok… Pamiętam, że miałem „doła” za dołem, zupełnie nie mogłem odnaleźć się w życiu. W tym roku zrozumiałem, że nie chcę nigdy więcej szukać akceptacji grupy i podlizywać się ludziom, by mnie dobrze ocenili… Bardzo cenna nauka. W tym roku zacząłem też szukać czegoś więcej. Religia i sekta katolicka dawno nie dawała mi już bezpieczeństwa duchowego mimo, że uczestniczyłem w różnych jej spotkaniach i grupach.

Któregoś razu wszedłem przypadkiem na stronę www o świadomym śnieniu. Zacząłem czytać o tym zjawisku i myśleć: „Co za idioci? Po co oni, do jasnej cholery, zwracają uwagę na swoje sny?”. Po którejś stronie z kolei pomyślałem jednak, że może warto by się tym zainteresować…

Po około tygodniu ćwiczeń doznałem swojego pierwszego świadomego snu… Magiczne doświadczenie. Moje ciało spało. Leżało na łóżku w moim pokoju. Ja byłem zupełnie gdzie indziej. Byłem w jakichś górach, wchodziłem na szczyt. Gdy uświadomiłem sobie, że śnię, wzbiłem się w powietrze i zacząłem latać. Wspaniałe uczucie – unosić się w powietrzu, patrzeć na wszystko z góry, latać…

Wtedy zadałem sobie po raz pierwszy pytanie: „Dlaczego tego nie uczą w szkole?”. Dlaczego tak fantastyczne doświadczenia są uznawane za niepotrzebne zabobony?

Do tej pory miałem około 500 świadomych snów. W każdym z nich inaczej poznawałem siebie i doświadczałem coraz genialniejszych emocji i uśpionych we mnie możliwości. Latałem na inne planety, uczyłem się umiejętności, jak np. jazdy konnej, uprawiałem cudowny, kosmiczny seks… Pomyśl – przesypiamy 1/3 naszego życia. Większość ludzi staje się w tym czasie warzywem, które znika na noc i pojawia się dopiero rano… Ja korzystam ze snu. Pamiętam swoje sny. Rozmawiam w nich sam ze sobą – ze swoim nieświadomym umysłem. W niektórych jestem świadomy i robię rzeczy, których nie da się zrobić w rzeczywistości. Przynajmniej jeszcze nie…

Świadome śnienie otworzyło mi oczy na zupełnie nowy świat. Pokazało mi, że to, czego zostałem nauczony, to jedynie skrawek rzeczywistości, którą można poznać. To był wstęp do momentu, w którym zakwestionowałem większość autorytetów w moim życiu. Po prostu zaczynałem widzieć więcej niż ludzie, w których wierzyłem wcześniej.

Robot zaczął stawać się człowiekiem. Zaczął szukać siebie i odkrywać Świat. Rozpoczął drogę od marionetki do świadomej istoty, samo decydującej o sobie.

Mimo, iż bałem się odrzucić stare paradygmaty (głównie związane z religią, w jakiej zostałem wychowany), pękały one lawinowo. Wyleczenie się z uzależnienia od religii, racjonalizmu i realizmu zajęło mi w sumie kilka lat. Jednak każdy krok na tej drodze był osiągnięciem wiele wnoszącym do mojego życia. Napiszę o tym w kolejnych artykułach. 🙂

Życzę Ci ogromu odwagi do zaprzeczenia temu, co wiesz i poszukiwania tego, co nowe,
Michał Jankowiak

Konferencja Myśleć Jak Milionerzy

Poznawanie ludzi nastawionych na rozwój daje mi niesamowicie dużo energii. Będąc w ich towarzystwie czuję pewnego rodzaju „nieoficjalne” wsparcie. Gdy patrzę na roześmiane twarze, słyszę słowa wypowiedziane tonem pełnym nadziei i optymizmu, mówiąc metaforycznie serce mi rośnie… Czuję, że to co robię ma sens.

Konferencja Myśleć Jak Milionerzy organizowana przez Kamila Cebulskiego (www.mjm.kcbe.pl) to dla mnie coroczna szansa na przemawianie do kilkuset osób. Wiem, że gro z nich potrzebuje wsparcia. Wiem, że nasz system (społeczeństwo, jego przekonania, przywary, tabu) bez pardonu ściąga młodych przedsiębiorców w dół… ludzie nałogowo wręcz powtarzają: „Zamiast zakładać firmę znajdź bezpieczny etat”, czy „Przecież ci nie wyjdzie!”. Gdy ja zaczynałem swój biznes, praktycznie nikt mnie nie wspierał. Byłem sam. Wiem, jak bardzo potrzebowałem wtedy słów otuchy. Zastąpiłem je buntem – po prostu postanowiłem zrobić ludziom, którzy we mnie nie wierzyli, na przekór. 😉

Gdy występowałem w Poznaniu dałem sobie za cel przekazanie podstaw związku naszego myślenia z emocjami i działaniem, czyli efektami na zewnątrz nas. Co mi się podobało? Zrobiłem postępy, jeśli chodzi o mowę ciała. Przyjemnie i naturalnie akcentowałem najważniejsze przekonania. Co mam do poprawienia? Przede wszystkim nie zmieściłem się w czasie (okazało się, że mam mówić 20 minut krócej niż normalnie). Na początku pomyślałem, że przecież nie da się krócej, ale szybko roześmiałem się z tego ograniczającego przekonania.

We Wrocławiu postanowiłem dać z siebie wszystko. Zrobić coś nowego. Zrobić coś inaczej. Nienawidzę rutyny. Przygotowywałem swoje wystąpienie niemal godzinę, chodząc w totalnie głębokim transie przed budynkiem uniwersytetu. Kilka osób dziwiło się czemu non stop chodzę w tę i z powrotem. To jedna z moich strategii kreatywności i planowania. Wycieczka do zupełnie innych światów…

Tematem mojego wystąpienia miała być misja życiowa. Pytanie 1: z jakimi emocjami chcę połączyć misję życiową podczas prelekcji? Wybrałem emocję, której nie potrafiłem nazwać. Coś na skraju podniosłego nastroju, kontemplacji, zadumy i uczucia odkrywcy stawiającego pierwszy krok na nieznanym lądzie… Chociaż średnio ten opis oddaje stan w którym byłem. Skończyły mi się już nazwy na emocje, tak wiele ich poznałem i stworzyłem. Z każdym kolejnym słowem widziałem, jak coraz więcej osób ma łzy w oczach. Pewien mężczyzna ściskał mocno swoją żonę za rękę… Kilka osób mimiką twarzy zdradzało naprawdę potężne emocje i podobne doświadczenia do tych, które opisywałem…

Popełniłem oczywiście kilka błędów. Na początku niezbyt wygodnie usiadłem, gubiłem rytmikę głosu, momentami skupiałem się na tym, co mówię tak mocno, że zupełnie nie patrzyłem na publiczność… A jednak po wystąpieniu, gdy jeszcze cały drżałem z nadmiaru emocji, które przepływały przeze mnie, powiedziałem sobie: „Człowieku, naprawdę dobra robota. Jestem z Ciebie dumny”.

Swoje wystąpienia oceniam w dużej mierze po tym, co mówią po nich uczestnicy. Same brawa łatwo jest wywołać (wystarczy, że końcówkę swojego wystąpienia opowiesz ściszając głos, a podziękujesz głośno i ukłonisz się – to kotwica), ale wywołanie łez wzruszenia, głębokich zmian osobowości, pozycji percepcyjnych i silnych przekonań – jest po prostu sztuką. Poznaję ją, a jednocześnie cały czas jestem sobą. To piękne. Gdy piszę te słowa uśmiecham się ciepło sam do siebie… Może kiedyś będę w stanie podczas 10-minutowego wystąpienia dać ludziom tyle inspiracji, by zrozumieli, jak wielki drzemie w nich potencjał… jak przyjemnie jest kierować swoim życiem… jak radośnie jest budzić się każdego dnia z uśmiechem na twarzy…

Modlę się czasem w duchu o ten dzień i o te umiejętności. Ale nie wymagam tego natychmiast, tak jak kiedyś. Uczę się pokory, akceptuję długą i konsekwentną pracę, by to osiągnąć. Przecież coś trzeba robić w życiu. 🙂

Z dodatkowych „rewelacji” – w pociągu, którym wracałem do Warszawy, ktoś ukradł mi laptopa. Jeśli ta osoba czyta (kto wie?) ten wpis – z całego serducha życzę, by Ci się przydał. Zostałem zmobilizowany, by zarobić na lepszego i robić zapasowe kopie danych… 🙂

Jak mówi moja babcia: „Człowiek uczy się całe życie i umiera głupi”. Bo cel w nauce nie jest punktem. Celem jest sama nauka, rozwój i poznawanie, które nigdy się nie kończą.

Sukcesów, Szczęścia i Spełnienia oraz nieskończonych zasobów Inspiracji,
Michał Jankowiak

Cele – czyli jak spełniać się w życiu? Życie to gra.

Ludzie często zbyt poważnie traktują życie. Tworzą wyimaginowane problemy, męczą się z tym, co uważają, że muszą robić. W buddyzmie niesamowicie podoba mi się pogląd mówiący, iż nic na świecie nie jest stałe. Ani nasze myśli czy emocje, ani rzeczywistość, którą obserwujemy dookoła. Potwierdza to współczesna nauka – wiemy już, że nic we wszechświecie nie stoi w miejscu. Atomy i elektrony są w ciągłym ruchu (nie da się zaobserwować ich występowania w danym miejscu w jednostce czasowej), rusza się także plazma i fotony, czyli światło. Wszelki bezruch jest więc tylko naszą halucynacją, wynikającą z naszych ograniczonych zmysłów.

Wielokrotnie słyszałem od ludzi, których coachowałem, że ich życie stanęło w miejscu lub, że nie są w stanie się zmienić. Zawsze mnie to ciekawiło. Pytałem -Jak to, jesteś w stanie zatrzymać swoje krążenie, pracę miliardów komórek Twojego ciała, metabolizm? I dopiero wtedy załapywali – że nie są w stanie się nie zmieniać i chodzi im o powtarzalność jakiegoś nawyku czy sposobu działania.

Gdy pytałem się co sprawia, że nie mogą się zmienić, odpowiadali, że nie potrafią, nie mogą i, że jest im ciężko. Nigdy mnie to nie dziwiło. Zmiana siebie wymaga porzucenia jednej części siebie (nawyku, stylu myślenia itp.) i zastąpienia jej nową. Jeśli ktoś taką zmianę traktuje poważnie (słowo powaga wzięło się od wagi, czyli ciężaru – jak więc w tym momencie może nie być ciężko?), może mieć z nią problem.

Pamiętam, jak pierwszy raz pomyślałem o tym, żeby potraktować życie jako grę. Lubię grać. Zarówno w gry sportowe, czasem na nerwach, a czasem na komputerze. Gra jest zabawą – nie łączy się z żadnym stresem, raczej z wyzwaniem i przyjemnością. Pomyśl – czy nie ciekawie byłoby za podstawę życia wziąć właśnie zabawę, wyzwanie i przyjemność?

Jeśli chcesz, wykonaj następujące ćwiczenie:

1. Przygotuj sobie kartkę i długopis. Usiądź wygodnie i rozluźnij się. To ćwiczenie to także czysta zabawa i, broń Bogini, nie traktuj go poważnie. 🙂

2. Wypisz na kartce wszystkie gry, które kiedykolwiek sprawiały lub nadal sprawiają Ci przyjemność. Mogą to być np.: piłka nożna, siatkówka, skakanka, guma, klasy, Warcraft, Diablo, policjanci i złodzieje itp. Im więcej wypiszesz tym lepiej.

3. Obok każdej z gier zapisz co podoba/ło Ci się w niej najbardziej, np. kontakt z przyjaciółmi, ruch fizyczny, wyzwanie, możliwość rozpracowania strategii, nauka…

4. Skoncentruj się następnie na pierwszej grze. Powiedz do siebie w myślach: „Moje życie jest jak -wypowiedz-nazwę-tej-gry-, bo:” i wymień jak najwięcej podobieństw. Może to wyglądać następująco:

Moje życie jest jak zabawa „w gumę” – czasem muszę gdzieś „skoczyć”, pilnuję, by zachować równowagę, często pomagają mi inni i im dłużej żyję, tym wyżej muszę skakać, by pokonać kolejne wyzwania.

Moje życie jest jak Diablo, bo również w życiu rozwijam się, osiągam nowe poziomy, zbieram ciekawe przedmioty, stawiam czoła nowym wyzwaniom i poznaję świat coraz głębiej. 🙂

Moje życie jest jak piłka nożna, bo jest w nim dużo pośpiechu, lubię grać drużynowo, mam określony czas na pracę i robię sobie w niej przerwy, a po wygranym meczu czuję się jak zwycięzca i dostaję nagrodę!

5. Popatrz w przyszłość i zastanów się, jak może zmienić się Twoje życie, gdy podejdziesz do niego luźniej? Co się stanie, gdy włączysz do niego proaktywne myślenie z gier strategicznych, witalność i entuzjazm z gier sportowych, zdrową rywalizację i współpracę z gier drużynowych, doskonałą zabawę i genialny, radosny uśmiech?

Przywołaj wszystkie pozytywne wspomnienia związane z grami i napełnij nimi wizję swojego życia. Polecam wykonanie tego ćwiczenia wielokrotnie – za każdym razem przyniesie Ci nowe efekty i sam/a zaskoczysz się tym, jak kreatywny jest Twój umysł.

Powaga to choroba, ale spokojnie – jest uleczalna. Lekarstwem na nią jest zabawa, luz i radość istnienia. A te emocje nieodłącznie towarzyszą grom i zabawom – skorzystaj z tego. Dzięki temu zarówno nauka, jak i praca, czy zmiana osobista stają się hobby, pasją, a nie poważnym ciężarem, który zagradza drogę do lepszego życia.

Twoje życie jest grą. Jak w nią zagrasz? Z entuzjazmem i pasją, czy ze znudzeniem, zniechęceniem i frustracją?

To Twój wybór – nikt nie poczuje szczęścia za Ciebie. Nikt się za Ciebie nie zrealizuje ani nie spełni.

Wygrać swoje życie możesz tylko i aż Ty.

Do dzieła… gra się właśnie rozpoczęła. 🙂

Powodzenia i baw się doskonale!
Michał Jankowiak

Klonowaniu STOP!

Przeglądałem dziś przez kilka godzin polskie strony i blogi nt. rozwoju osobistego. Nastawiłem swój mózg na to, co nowe, ale po niedługim czasie dałem za wygraną.

Niemal wszędzie te same wyświechtane slogany, zapewnienia o możliwości zarobienia milionów w kilka tygodni, magiczne ebooki zmieniające życie w weekend…

Gdy pytam autorów tychże stron co osiągnęli w życiu – swoich emocjach, związkach, biznesie, najczęściej odpowiedź brzmi: „Wiesz, jeszcze nie osiągnąłem sukcesu, ale w niego wierzę i do niego dążę!”.

Superfajnie. Tylko ludzie ci nie biorą pod uwagę, że przepisując teoretyczne dyrdymały, których nie sprawdzili, mogą kogoś „zrobić w bambuko”.

Jakąż bowiem wartość ma niesprawdzona w praktyce wiedza? Moim zdaniem minimalną, jeśli nie żadną.

Po części rozumiem jednak tych ludzi, bo tak jest po prostu łatwiej. Przecież testowanie wiedzy w życiu trwa najczęściej lata – a tak, robią sobie drogę na skróty. Tylko pytanie – czy życie ma być szybkie i łatwe, czy pełne i wartościowe?

Zastanawiam się co zrobić, żeby blog, którego czytasz, był właśnie pełny i wartościowy – i tu mam pytanie do Ciebie.

O czym chcesz się dowiedzieć? Z czym masz problem/kłopot w życiu / biznesie? Jak mogę być dla Ciebie pomocny?

Pomoc będzie obustronna – Ty, jeśli tylko będę w stanie go udzielić, dostaniesz rozwiązanie. Ja dostanę wskazówkę, jak dzielić się tym, co wiem i umiem, w najbardziej praktyczny i trafny sposób. Tak może zacząć się prawdziwa magia, nazywana często współpracą.

Sukcesów, Szczęścia i Spełnienia,
Michał Jankowiak

I człowiek stworzył poniedziałek…

Niemal co tydzień słyszę od kogoś: „O Jezu… znowu poniedziałek…” i zastanawiam się jak ludzie mogą sami sobie robić tak wielką i niepotrzebną krzywdę…

Zaczynając od szkoły, kończąc na pracy (na etacie) jesteśmy programowani na nienawiść do poniedziałków. Bo w poniedziałek trzeba się uczyć, pracować i Bogini wie co jeszcze. Czym jest jednak poniedziałek?

Ptaki za moim oknem śpiewają codziennie. Nie mają urlopów (no, chyba, że w zimę…), stawiam też każdą sumę, że nie rozróżniają dni tygodnia. Śpiewają tak samo w poniedziałek, środę, czy niedzielę. Lubię je obserwować. Lubię się od nich uczyć.

Dni tygodnia istnieją tylko w naszych głowach. Nigdzie w naturze nie występuje ani poniedziałek, ani żaden inny dzień. Jest tylko teraz…

Stworzyliśmy dni tygodnia, by lepiej komunikować się między sobą. A jednak zaowocowało to wieloma programami (nawykami myślowymi), nad którymi wielu ludzi nie panuje. Nienawidzisz poniedziałków? Czyli, pozwalasz sobie co 7 dni czuć się źle, z powodu nieistniejącej halucynacji?

Poniedziałek to fantastyczny dzień, by poznawać nowych ludzi. To nowe szanse dla Ciebie i Twojej kariery / biznesu / rozwoju osobistego. To wszystkie magiczne i piękne chwile, które możesz sobie dać, jeśli tylko chcesz. Tak samo jak we wtorek, środę, czwartek…

Każdego dnia jest Twój najszęśliwszy dzień życia. Sam lub sama jesteś najszczęśliwszym dniem swojego życia. To moim zdaniem lepsze przekonanie. Jak myślisz, jak wiele zyskasz w życiu, patrząc podobnie?

Już pojutrze poniedziałek… Nie mogę się doczekać! 🙂

Sukcesów, Szczęścia i Spełnienia,
Michał Jankowiak