To nie jest Richard Blacksburry... Jestem ojcem, choć nie mam dziecka. Mam syna, choć nie miał on matki. Choć to mój syn, ma inne nazwisko. Pali cygara, choć nie ma płuc. Mówi mądre rzeczy, choć nie ma mózgu…

O kim mówię? O Richardzie Blacksburrym! Nie znasz go? Mało brakowało, a znałaby go cała Polska… choć nigdy nie istniał!

Kilkanaście lat temu przygotowywałem ofertę szkolenia. Rozpocząłem ją od cytatu: „Najlepszym sposobem przewidywania przyszłości jest jej tworzenie„. Do dziś to jedna z moich ulubionych złotych myśli.

Gdy miałem wpisać autora, po prostu zapomniałem, jak się nazywał. Pech chciał, że miałem awarię Internetu. Po chwili błądzenia myślami w zakamarkach mojej pamięci stwierdziłem, że sobie tego po prostu nie przypomnę.

No nic – pomyślałem. Trzeba coś napisać, głupio tak dawać cytat bez autora. Wpisać kogoś znanego? Nie, bo sprawdzą i będzie afera. Hmm… Może kogoś po prostu wymyślę? Przecież napisanie oferty trochę trwa, a ja nie mogę się zawiesić na pierwszym akapicie. OK, jedziemy. Dobrze, żeby brzmiało jakoś mądrze. Jakoś tak… bogato. Żeby dobrze się kojarzyło, żeby wzbudzało sympatię, autorytet…

Może niech będzie to Anglik? Polacy lubią Anglików. Jak coś brzmi po angielsku, to myślą, że jest lepsze, niż to samo z polską nazwą. OK, niech będzie Anglik. Andrew? Średnio… John? Fajnie, ale tak jakoś krótko. Richard? Super! Rich, to po angielsku bogaty. Genialnie, jest Richard.

Teraz nazwisko… Dollar go przecież nie nazwę. Hmm. Winston? Nie klei się… Do pokoju wszedł Irek i poczęstował mnie jeżynami. Wiem! Blackburry! Cholera, czegoś mi brak. Dobra, dodam „s” w środku. Richard Blacksburry. Fenomenalne! Od razu zobaczyłem w wyobraźni nadzianego Anglika w garniturze, z cygarem, w kapeluszu itp. Jest wypas, piszę ofertę.

Miałem go niby później wymienić na prawdziwego autora (jak Internet zacznie działać). Ale czy mi się nie chciało czy zapomniałem… a może po prostu zacząłem się już przyzwyczajać do Richarda? Ofertę „klepnąłem” i wrzuciłem na stronę. Jakby ktoś pytał, powiem, że pomyłka, czy coś.

O całej sprawie zapomniałem. Nie było to jakieś wielkie oszustwo. Żadnemu dziecku nie stała się krzywda. Biedne, małe, miałczące kotki też przez to nie ucierpiały.

Tymczasem po kilku miesiącach chciałem sprawdzić, czy moi ówcześni partnerzy mają ofertę szkolenia u siebie na stronach. Pomyślałem, że skoro dziada wymyśliłem, to jest unikalną informacją, którą bez problemu wypluje mi wyszukiwarka. Kopiuj – Richard Blacksburry – wklej. Enter. I do dziś pamiętam ten szok…

Kilkaset wyników, kilkadziesiąt stron po 10 linków. Czy to możliwe, żebym miał tylu partnerów? Nie, było ich wtedy kilku. Czy to możliwe, żeby skopiowali moją ofertę szkolenia w tyle miejsc? No, niby, byłoby fajnie. Ale jakoś nie wierzyłem w ich nadprogramową szczodrość. Czyżbym wymyślił gościa, który już istniał? Możliwe, przecież ludzi było 6 miliardów. Z ciekawości zacząłem sprawdzać, kto to ten Richard…

Pierwsze dziesięć wyników – „mój” Richard. Drugie dziesięć – też… I wszędzie ten cytat… o co tu chodzi?! Jak zrozumiałem, to wybuchłem takim śmiechem, że Irek musiał mnie prawie reanimować. Po prostu się dusiłem ze śmiechu.

Ktoś skopiował Richarda na stronę ze złotymi myślami. Nie wiem kto, nie wiem kiedy, nie wiem jak. Ale ktoś musiał być pierwszy. Z tej strony poszło na następną, następną, następną… Richard pojawił się nawet w serwisach kilku znanych gazet, w ogłoszeniach drobnych, a nawet w ofertach szkoleń innych trenerów! Sklonowali mi syna! Oddawać mojego Richarda!

Z Irkiem zrobiliśmy debatę. Co robimy z tym dalej? Czyścimy czy jedziemy dalej z koksem? Retoryczne pytanie. Pewnie, że jedziemy! No to zaczęliśmy wymyślać ładnie brzmiące sformułowania. Na jednej ze stron z aforyzmami był formularz do przesłania propozycji autorowi strony. Go go Power Rangers! Kopiuj – Richard Blacksburry – wklej. Sprawdzi autora czy wrzuci na pałę? Jak się można domyślić, wrzucił na pałę.

Następnego dnia na rzeczonej stronie Richard miał już 3 czy 4 aforyzmy. Nie szaleliśmy, choć mogliśmy. Zrobiliśmy naprawdę minimum. Jako, że w następnych dniach nic się nie działo, w zasadzie zapomnieliśmy o Richardzie – niech się rozmnaża powoli, może nie lubi szybko. Nie każdy facet lubi, a przecież własnego syna nie będę pośpieszał przy rozmnażaniu. Jaki byłby ze mnie ojciec, jakbym pośpieszał? Jest przecież dorosły, starszy ode mnie, odpowiedzialny.

Przypomnieliśmy sobie o Richardzie po kilku tygodniach. To było jego apogeum. Ludzie na stronach i forach dyskusyjnych (to był czas ich rozwitu… jaki Jutub? Jaki Fejs? Łot ar ju tokyn tu mi?) pytali kto to ten Richard? I wiesz co? Inni im tłumaczyli. Że Amerykanin, że biznesmen, że miliarder, że jeździ Rolls Royce’m. Zmienili mu, chamy, nawet narodowość. Richard miał całkiem sporo fanów, niektórzy czytali jego książki itp. Tak, to się działo na prawdę!

Jeśli żałuję, że nie zrealizowałem jakiegoś pomysłu, to ten, na który wpadliśmy z Irkiem, jest na pewno w pierwszej trójce. Wymyśliliśmy, że podrasujemy zdjęcie jakiegoś gościa w garniaku, z laską, cygarem i kapeluszem. Zrobimy stronę z fikcyjnymi informacjami, zaletami i osiągnięciami Richarda. Przygotujemy konferencję, na której ten wielki człowiek, bogacz i filantrop, będzie się dzielił swoją finansową mądrością. Sprzedamy bilety, posadzimy ludzi w wielkiej sali, puścimy muzykę, werble, włączymy reflektory, błyśniemy fleszami, włączymy maszynę do dymu… I wejdę ja, przebrany za Richarda, w kapeluszu, z laską i cygarem… i zacznę konferencję od słów: „Daliście się zrobić w konia…”.

Oczywiście potem miałem wytłumaczyć co i jak. Dlaczego, jak to działa, jaki mechanizm tym steruje. Jak nie łykać jak pelikan, jak i po co sprawdzać informacje. A tym, którzy by tego chcieli – zwracalibyśmy pieniądze, bo nie o nie miało, tak na prawdę, chodzić. Z resztą jestem pewien, że niektórzy wcale nie żądaliby zwrotu!

Pomysłu nie zrealizowaliśmy, bo było to na tyle dawno, że jeszcze mocno przejmowałem się opinią publiczną. Miałem resztki fobii społecznej i jak wyobraziłem sobie, jak może zareagować dziki tłum… Jak mogą zareagować ludzie, którzy natychmiast wyparliby świadomość, że sami odpowiadają za sprawdzanie informacji… Po prostu instynkt samozachowawczy powiedział mi, że bastujemy na obecności Richarda w Internecie. 🙂

Dzisiaj, po ponad dekadzie, większość z tamtych stron nie istnieje. Przez lata Richard pojawiał się i znikał. Falami. Niektórzy doszli, że prawdopodobnie go nie ma, inni skasowali informację o nim na wszelki wypadek, bo nie mogli nic pewnego znaleźć. Najmniejsza grupa, chyba przez te wszystkie lata – dwie osoby, po prostu dotarły do mnie i spytały – kto to ten cholerny Richard? Wytłumaczyłem, pośmialiśmy się, życzyliśmy sobie wzajemnie najlepszego. Być może to one postanowiły powalczyć z Internetem i wyczyściły najbogatszego z nieistniejących z tak wielu stron?

Po wielu burzliwych dyskusjach i bez wsparcia z naszej strony, mój biedny syn jest jedynie na kilku czy kilkunastu wynikach w Google. Ale nadal się trzyma, choć nigdy nie istniał. 🙂 Nawet na Democie jest!!! Dumny jestem z syna. 🙂 Daleko zaszedł!

Napisałem o tym, ponieważ w ostatnich miesiącach mamy w Polsce ogromny kryzys. Nie mówię o polityce, gospodarce, podziałach społecznych i innych, choć i one są ważne. Mamy kryzys umysłowy. Łykamy jak pelikany.

Przecier z koziej dupy, mlecza czy buraków leczy w 100% raka. Z nieba sypią nam chemtreilsy, siedemnasta przepowiednia Matki Eufrozyny z Szałasu Dolnego wieszczy nam koniec Świata, który Polska jednak przetrwa (!). Belgowie legalizują zoofilię, wszyscy uchodźcy to emigranci i będą gwałcić nasze córki, a przez osiem lat rządów Platformy… Kto nie skacze ten z UB, resortowych dzieci i obrońców pedofilów. Szczepionki nie dość, że zabijają, to robią z nas cyborgi podatne na manipulacje falami magnetycznymi, ale wystarczy założyć garnek na głowę i kupić wlew z serotoniny. Amerykańscy naukowcy zbadali, a reforma sądów jest po to, by żyło się nam lepiej. A ja mam metrowego członka, półtora metra w bicepsie, od święta umiem latać i jak się postaram, to składam złote jajka. To co, chcesz jedno? Tanio sprzedam.

To nie tak, że wszystkie informacje są fałszywe. Ale krytyczne myślenie nie boli. Zdrowy sceptycyzm, podważanie opinii i odróżnianie ich od faktów, sprawdzanie źródeł, to po prostu podstawa racjonalnego i logicznego myślenia. Tego, co między innymi odróżnia Cię od młotka do wbijania gwoździ.

Nie twierdzę, że sam robię to zawsze. Mi także zdarza się coś łyknąć jak pelikan. Sklonować Richarda, tylko w innym wydaniu. Ale staram się, bo wcale nie wymaga to dużo.

Informacje mają też różny kaliber. Richard nikomu nie zrobił krzywdy, natomiast powielanie lub bezkrytyczne przyjmowanie niektórych informacji, robi. Niedawno umarło dziecko, bo ponoć matka łyknęła, że medycyna zła i będzie ładować w nie wyciąg z moreli, który ktoś jej przedstawił jako lekarstwo.

Żyjemy w dziwnych czasach. Jesteśmy atakowani przez rzesze politycznych trolli, które śmieją się z tych, którzy reagują na ich wypociny. Jesteśmy bombardowani kłamstwem, które ma komuś nabić ilość wyświetleń reklamy na stronie. Jak nigdy popularny stał się chamski marketing, wciskanie leków na coś, co jeszcze wczoraj nie było chorobą, epatowanie ohydnymi grafikami itp.

Jesteśmy jednak odpowiedzialni. Za to, co łykamy. Za to, co udostępniamy innym.

Myślenie nie boli. Nie bądź młotkiem.

Michał Jankowiak

P.S. Na zdjęciu powyżej nie jest Richard Blacksburry. To randomowe zdjęcie, źródło:
https://en.wikipedia.org/wiki/Gilded_Age#/media/File:Andrew_Carnegie,_three-quarter_length_portrait,_seated,_facing_slightly_left,_1913.jpg