Prawdopodobnie większość z nas wychowywano na ludzi empatycznych i współczujących. Przyjmujemy to bez zastanowienia – współczucie jest podstawą wielu religii i „szkół” duchowego rozwoju. Psycholodzy też trąbią na potęgę, że jesteśmy za mało empatyczni i że bez empatii nie ma relacji…

Ostatnio zwróciło moją uwagę ciekawe zjawisko. Jak być może wiesz, od lat pracuję z ludźmi – jako trener i coach i dzięki temu mam niezły wgląd w źródła wielu problemów i niepowodzeń. Podczas rozmów zauważyłem, że większość z nas kojarzy empatię i współczucie wyłącznie z emocjami i doświadczeniami negatywnymi.

Zaczęło mi świtać, że ktoś nas tu trochę zrobił w balona…

Czym jest empatia i dlaczego kojarzy nam się tylko z cierpieniem?

Zajrzyjmy do źródeł. Słowo „empatia” pochodzi od greckiego empatheia, a jego rdzeń, pathos, oznacza doznanie, uczucie, namiętność – i cierpienie. Wszystkie te znaczenia naraz. Tymczasem „współczucie” w potocznym rozumieniu to solidaryzowanie się z kimś, komu jest źle: kiedy cierpi, przeżywa nieszczęście, potrzebuje pocieszenia.

Z całej palety znaczeń zostawiliśmy sobie jedno, najcięższe. I tu moje pytanie: dlaczego nie jesteśmy (albo prawie nie jesteśmy) uczeni współodczuwania z ludźmi szczęśliwymi?

Psychologia patrzy na empatię szerzej niż język codzienny. Zwykle rozróżnia się w niej co najmniej dwa składniki. Empatia poznawcza to rozumienie, co czuje i myśli druga osoba – bez konieczności przeżywania tego samego. Empatia emocjonalna to „zarażenie się” cudzym stanem: ktoś płacze, a nam ściska się gardło. Żadna z tych definicji nie mówi, że chodzi wyłącznie o smutek. Radość, ekscytacja i duma też są emocjami, które można współodczuwać.

Skąd więc przekonanie, że empatia = dzielenie bólu? Z wychowania, z kultury, z przysłów. Z tego, że dziecko, które płacze, dostaje przytulenie, a dziecko, które cieszy się za głośno, słyszy „uspokój się”. Mózg szybko uczy się, która emocja „zasługuje” na towarzystwo.

Współczujemy smutku, zazdrościmy radości

Zamiast współodczuwania radości jesteśmy programowani na zazdrość. „Bogaty, bo złodziej!”. „Aaa… na pewno mu się kiedyś noga podwinie!”.

Kiedy chodzę po mieście albo jeżdżę komunikacją i szeroko się uśmiecham, nieraz widzę negatywne reakcje. Prawie słyszę te dialogi wewnętrzne: „Jakiś głupi, bo się śmieje”. Czasem ludzie wprost zwracają mi uwagę!

Na studiach z nudów nauczyłem swój dialog wewnętrzny opowiadać mi dowcipy i w śmieszny sposób komentować rzeczywistość. Skutek? Czasem po prostu parskam śmiechem, pozornie bez powodu. Co najczęściej słyszałem w takich sytuacjach? „Co się pan tak śmieje, tu płakać trzeba!”. Znasz to? 🙂

Historia z metra

Niedawno do metra, którym jechałem, wsiadła grupa rozchichotanych nastolatków. Rozmawiali o czymś, cieszyli się i raz po raz wybuchali śmiechem. Uwielbiam obserwować reakcje ludzi w takich momentach. Sam wchodzę w tę energię, przypominam sobie podobne spotkania ze znajomymi i wchodzę w podobne emocje, bo je uwielbiam.

Tym razem jednak mój wzrok spotkał się ze wzrokiem starszej pani siedzącej naprzeciwko. „Widzi pan? Jaka ta dzisiejsza młodzież głośna i chamska! Ja nie wiem, jak tak można…”. Aż chciałem zapytać: „Czy pani im zazdrości?”. Ugryzłem się w język, bo wywołałbym tylko niepotrzebny konflikt.

Dziwną kulturę zbudowaliśmy, skoro odrzucamy z grupy ludzi, którzy się cieszą, a im bardziej ktoś ma pod górkę, tym mocniej się z nim identyfikujemy…

Nadmierna empatia i wypalenie zawodowe

Empatia rozumiana jako współodczuwanie cierpienia, „łączenie się z kimś w bólu”, prowadzi wielu ludzi prosto do wypalenia zawodowego. Lekarze, terapeuci, weterynarze, ratownicy i wielu innych, którzy nie potrafią zapanować nad nadmierną empatią, często płacą za to zdrowiem, snem i relacjami.

Badacze nazywają to zjawisko zmęczeniem współczuciem. Ktoś, kto dzień w dzień przyjmuje na siebie cudzy ból, stopniowo traci siłę: robi się drażliwy, odrętwiały, cyniczny, a w końcu przestaje czuć cokolwiek – również wobec tych, którym miał pomagać. Paradoks polega na tym, że najwięcej ryzykują najbardziej zaangażowani.

W badaniach nad empatią coraz wyraźniej widać ważne rozróżnienie. Jedna reakcja na cudze cierpienie to empatyczny dystres – czuję Twój ból jako swój, więc sam zaczynam cierpieć i chcę, żeby to się skończyło (także dla siebie). Druga to współczucie w dojrzałym sensie – widzę Twój ból, jestem przy Tobie, życzę Ci dobrze i szukam, jak pomóc, ale nie tonę razem z Tobą. Pierwsza reakcja wyczerpuje. Druga daje energię do działania i chroni przed wypaleniem.

Pomagacz, który się nie rozpada

Ludzie myślą, że ktoś, kto zawodowo pomaga, musi wchodzić w negatywne emocje razem z osobą, z którą pracuje. Nic bardziej mylnego! Gdyby w najcięższych emocjonalnie momentach terapeuta, coach czy trener był emocjonalnie empatyczny, nie dość, że stałby się wrakiem człowieka, to jeszcze nikomu by nie pomógł.

Osoba w kryzysie potrzebuje kogoś stabilnego. Kogoś, kto rozumie, co się z nią dzieje (empatia poznawcza), okazuje ciepło (współczucie) i jednocześnie zachowuje trzeźwą głowę, żeby wskazać następny krok. Ratownik, który rzuca się do wody za tonącym bez koła ratunkowego, zwykle tonie razem z nim.

Ciemna strona empatii: od współczucia do odwetu

Do tego dochodzi inne zjawisko. Im mocniej współodczuwamy z osobą cierpiącą, tym bardziej chcemy „dokopać” sprawcy jej cierpienia. Bywa, że najbardziej empatyczni stają się propagatorami najokrutniejszych odwetów! Wystarczy zerknąć pod pierwsze lepsze zdjęcie skrzywdzonego zwierzęcia wrzucone do internetu. Od razu pojawiają się hasła: „Ja bym winowajcę powiesił za jaja!” czy „Zabić gnoja!”.

Na tę pułapkę zwraca uwagę m.in. psycholog Paul Bloom w książce Against Empathy. Empatia emocjonalna działa jak reflektor: oświetla jedną osobę, jedną historię, jedną krzywdę, a resztę zostawia w ciemności. Świetnie mobilizuje do działania, ale fatalnie radzi sobie z proporcjami i sprawiedliwością.

Kultura cierpienia

Sporą rolę w uczeniu nas nawykowego współodczuwania negatywnych emocji odgrywa kultura, w której wyrośliśmy – także jej religijna warstwa, mocno akcentująca cierpienie, ofiarę, żal i poczucie winy. Jesteś szczęśliwy? To pewnie coś z Tobą nie tak…

Ciekawe, że inne tradycje rozłożyły akcenty zupełnie inaczej. W buddyzmie istnieje pojęcie mudita, czyli bezinteresowna radość z cudzego szczęścia. Uważa się je za jedną z czterech „niezmierzonych” postaw, obok życzliwości, współczucia i spokoju umysłu. Współradość nie jest więc wymysłem coachów. Ludzkość zna ją od ponad dwóch tysięcy lat – my po prostu rzadko ją ćwiczymy.

Pozytywna empatia – współodczuwanie radości

Zrobiłem prosty eksperyment. Powiedziałem do swojego umysłu: „Od dziś robimy empatię z ludźmi szczęśliwymi i uśmiechniętymi. Współodczuwamy z ludźmi zadowolonymi, pełnymi energii. Włączamy się emocjonalnie, kiedy ktoś osiąga sukces albo opowiada o swojej pasji”.

I wiesz, co się stało?

Żyje mi się po prostu lepiej. „Kopiuję” od ludzi, których widzę, stany emocjonalne, które chciałbym mieć. Współodczuwam ich sukcesy, pasje, radość i zadowolenie. Wyobrażam sobie, jak by to było, gdybym to ja tak się czuł i tego doświadczał. Działa świetnie – i na mnie, i na nich.

Psychologia ma na to nazwę: pozytywna empatia. To zdolność do rozumienia i współprzeżywania cudzych pozytywnych emocji. Badacze zajęli się nią na poważnie stosunkowo niedawno, bo przez dekady niemal cała uwaga szła w stronę empatii wobec cierpienia. Pierwsze wyniki są obiecujące: pozytywna empatia wiąże się z lepszymi relacjami, większą chęcią pomagania i wyższym dobrostanem. Innymi słowy, cieszenie się cudzym szczęściem nie odbiera nam niczego. Dokłada.

Jest też drugi powód, dla którego warto. Radość przeżywana w pojedynkę szybko gaśnie. Radość, którą ktoś z nami dzieli, rośnie – i dla opowiadającego, i dla słuchającego. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy obie strony wychodzą na plus.

Jak ćwiczyć współradość na co dzień?

Najprostszy trening zaczyna się przy okazji, której zwykle nawet nie zauważamy: kiedy ktoś dzieli się dobrą wiadomością. Wyobraź sobie, że koleżanka mówi: „Dostałam awans!”. Możesz odpowiedzieć na cztery sposoby:

Badania nad reagowaniem na dobre wiadomości pokazują, że dopiero ta ostatnia wersja realnie wzmacnia relację. Dopytujesz, pozwalasz drugiej osobie przeżyć jej radość jeszcze raz, a przy okazji sam się nią zarażasz.

Drugie ćwiczenie jest dyskretniejsze. Kiedy w metrze, w pracy albo na ulicy zobaczysz kogoś, kto się cieszy, zatrzymaj się na sekundę i zapytaj siebie: „Co on teraz czuje? Kiedy ja ostatnio tak się czułem?”. Tyle. Bez komentarza i bez oceny. Po kilku tygodniach zauważysz, że Twój mózg zaczyna wyłapywać takie sceny sam – zamiast odruchowo szukać powodów do zazdrości.

Empatia czy uzależnienie?

W tytule zadałem pytanie: „Empatia czy uzależnienie?”. Uważam, że automatyczne wchodzenie w negatywne emocje innych ludzi nie ma w sobie nic pozytywnego. Przypomina uzależnienie od cierpienia, odruchową reaktywność. Często utwierdza też naszych rozmówców w negatywnych emocjach.

Oczywiście czasem trzeba przytulić i powiedzieć „Rozumiem…”. Ale kisić się razem w smutku, zamiast zrobić coś, żeby druga osoba poczuła się lepiej i zobaczyła światełko w tunelu?

Tak często słyszę, że ludziom łatwiej wchodzić w emocje negatywne niż pozytywne, że te negatywne są im bardziej znane i naturalne. A czy ktoś ich uczył współodczuwania z tymi, którzy się cieszą i uśmiechają? Raczej nie. W naszej kulturze współczuje się komuś, a nie z kimś. I współczuje się raczej smutku i cierpienia niż radości i szczęścia.

Może najwyższy czas to zmienić?

Może wtedy dobre samopoczucie roznosiłoby się jak wirus? Taki pozytywny wirus. 🙂

Więc co Ty na to? Odzyskujemy pełne spektrum empatii?

To do dzieła! Kierunek współczucia – POZYTYW!

Aktualizacja: 24.09.20026 r.