Moja podróż zaczęła się od problemu. Na studiach uświadomiłem sobie, że panicznie boję się wystąpień publicznych. Tak mocno, że zdażyło mi się zemdleć podczas odczytywania referatu! Tak, okazuje się, że właśnie takie sytuacje są zaproszeniami do największych życiowych przygód, a ja ze swojego zaproszenia skorzystałem…

Psychologowie na uczelni, jak i aktorzy, których pytałem o radę, mówili mi, że nigdy nie pozbędę się do końca tego stresu. Mogę się do niego przyzwyczaić, mogę go opanować, ale nigdy się do końca nie uwolnię, bo to naturalny lęk…

A mi coś w środku, głęboko, mówiło, żeby im wszystkim nie wierzyć. Że jest sposób, przecież musi istnieć, żeby zmienić w sobie to, co przeszkadza. Nie uwierzyłem, że lęk jest naturalny i zacząłem szukać…

Jako pierwszą zacząłem zgłębiać hipnozę. Taaak, też na początku myślałem sobie, że to tanie sztuczki a’la Kaszpirowski, ręce, które leczą i inne takie. Ale w 2002 roku znalazłem specjalistyczny kurs dla nauczycieli, lekarzy i psychologów. I po nim nie miałem już wątpliwości! Choć praca hipnozą trwałą dość długo, to przynosiła bardzo ciekawe efekty – mój lęk przed wystąpieniami zaczął stopniowo znikać.

Zacząłem ćwiczyć nowe umiejętności na znajomych i ich znajomych. Zorganizowałem Warszawski Klub Rozwoju Osobistego, żeby zyskać kontakt do innych osób praktykujących podobne metody. Na spotkaniach zaczęli pojawiać się praktycy buddyzmu, szamanizmu, neurolingwiści, terapeuci… oczy wychodziły mi z orbit gdy słyszałem, co jest możliwe i jakie jeszcze metody pracy z umysłem można poznać.

Po około półtorarocznej darmowej pracy z ludźmi (głównie z depresją lub nerwicą) zacząłem pobierać pierwsze honoraria za moją pracę. Mogłem dzięki temu zarobić na dalsze szkolenia, a właśnie w tym okresie (2004) poznałem pierwszych trenerów NLP. Robili furorę swoimi sztuczkami dotyczącymi oddziaływania na innych ludzi. Potrafili uwodzić, sprawiać, że ludzie zapominali gdzie są i co robią, a ich narzędzia do wpływu na własny umysł i emocje robiły niesamowite wrażenie.

NLP stało się moim drugim konikiem. Szybko pochłonąłem wszystkie dostępne książki w języku polskim i przez ok. 4 lata wziąłem udział w ponad 30 szkoleniach z tej metody. Podstawą mojej pracy stało się właśnie NLP. Profil moich klientów nieco się zmienił – w głównej mierze rozwiązałem swój problem, pracowałem więc często z osobami cierpiącymi na fobie publiczne i wszelkie lęki dotyczące ludzi. Zdarzało się, że zgłaszał się ktoś ze zdiagnozowaną schizofrenią czy psychozą, ChAD, czy zaburzeniami jedzenia (anoreksją, bulimią). Okazjonalnie pracowałem z uzależnieniami.

Piszę głównie o części terapeutycznej, ponieważ była ona zawsze dla mnie największym wyzwaniem. Coaching jest bardziej zabawą. Gdy przychodzi do mnie ktoś, kto chce więcej zarabiać, osiągnąć wyższe stanowisko w firmie, założyć biznes czy zwiększyć swoją sprzedaż, to wiem, że aż tak się nie napracuję. Nie znaczy to, że tego nie lubię, wręcz przeciwnie, ale…

Terapia to zupełnie inny świat. Pracowałem np. nieraz z ludźmi po próbach samobójczych, którzy mówili mi, że albo im pomogę, albo się potną, bo mają już po prostu dość. Pracowałem z człowiekiem, który wsiadł po pijanemu za kierownicę i obudził się w szpitalu dowiadując się, że w wypadku zginęło troje jego najlepszych przyjaciół. Pracowałem z ludźmi z porażeniami dziecięcymi, których inni niszczyli psychicznie przez dziesięciolecia, bo uważali ich za kaleki…

Terapia to nie zabawa, choć można ją prowadzić w zabawny sposób. Nieraz ktoś zarzucał mi, że nie jestem poważny i nie szanuję problemów moich klientów. To prawda! Szanuję moich klientów, a nie ich problemy. Za poważne uważam chęć wyzdrowienia i życia w szczęśliwy, pełny sposób, a nie ograniczenia, lęki i blokady wewnętrzne…

Choć mógłbym jeszcze dłuższą chwilę pisać jakie metody poznałem później, to nie chcę się ani przesadnie chwalić, ani zanudzić ewentualnego czytelnika. Wspomnę jeszcze tylko o Core Transformation i Integral Eye Movement Therapy, ponieważ są metodami pracy z kompulsjami i stresem pourazowym, które ogromnie wpłynęły na mnie i na moją pracę.

No i w zasadzie najważniejsze… kolejny ważny etap mojej podróży: Dekodyka. Metoda wyglądająca niewinnie, mająca w zasadzie odwrotne założenia niż większość metod, które poznałem wcześniej. Oparta na hunie, rodząca się w Polsce. Wyciągnęła mnie z bardzo głębokiego dołka, w który wpadłem gdzieś po drodze.

Dekodyki, czyli metody oduczania się nienaturalnych kodów społecznych (emocji, poglądów, nawyków, zachowań) uczę się już prawie dwa lata. I czuję się jak dziecko w sklepie ze słodyczami, bo jest czego się uczyć! Więcej o dekodyce dowiedzieć się możesz z filmów, które publikuję na stronie.

I to by było na tyle w kilku słowach… Oczywiście to nie koniec mojej podróży, a ledwie początek. 🙂

Nie uważam siebie za autorytet i proszę żeby mnie taką oceną nie obarczać. Podobnie – nie jestem mentorem. Mentor musi budować wizerunek, a potem go bronić i udawać kogoś nieskazitelnego.

Ja jestem człowiekiem – popełniam czasem błędy, czasem nie wiem jak pomóc komuś osiągnąć dany cel. Jeśli szukasz ideału, szukaj gdzie indziej.

Ale… jeśli szukasz pasjonata, który poznając własny umysł odkrył w sobie talent do pracy z innymi ludźmi – to zapraszam, być może wiele się od siebie wzajemnie nauczymy.

Pozdrawiam,

Michał Jankowiak

 

 

Nie robię tego, co mnie nie pasjonuje. Żyję według własnych zasad i tego też staram się uczyć ludzi, których spotykam. Życie jest według mnie zbyt cenne, by się w nim nie spełnić.

Michał Jankowiak

Znajdź mnie w społecznościach: